Zimno
Evelyn przeciągnęła wielką
walizkę, która stała przy drzwiach pokoju, na sam środek niewielkiego
pomieszczenia. Wyjęła z niej czarne rurki, dżinsowe, krótkie spodenki, piżamę w
róże i kilka spódniczek w kratkę, jak i również wiele innych ubrań. Drewniana
szafa w mgnieniu oka zapełniła się szarymi i czarnymi ubraniami, a na
wmontowanej w szafie półeczce pojawiła się sterta spódniczek i spodni. W
komodzie zagościła bielizna, zarówno ta seksowna jak i mniej. Koronkowe stringi
i śmieszne figi przeplatały się wraz z małym pudełeczkiem, zamykanym na
kluczyk. Ów kluczyk, Evelyn miała zawieszony na szyi, na rzemyku. Dziewczyna miała czarne włosy sięgające do ramion.
Jej grzywka opadała na lewe oko i zwykle była starannie wymodelowana.
Nastolatka miał duże oczy, bardzo często wspomagane eyelainerem i tuszem do
rzęs.
Minął dzień, jeden, drugi i
trzeci, i tak mijały dni beztroskiego lipca. Evelyn nie korzystała jednak z
uroków wakacji czy malowniczej wsi. Całymi dniami siedziała w pokoju, słuchała
muzyki, wpatrując się w niebo przez nagrzaną od wakacyjnego słońca, szybę w oknie. Kto wie co
przeżywała w sowim sercu? Może przeszukiwała nieboskłon w poszukiwaniu zmarłego
ojca? A może szukała aniołów i Boga, ukrytych gdzieś w chmurach? A może chciała
uciec od tego wszystkiego? Odlecieć tak jak ptak. Monotonia ta trwała koło
tygodnia.
–Evelyn!- Po całym domu rozległo
się głośne wołanie babci. Wszystkie pomarańczowe ściany, holu i półpiętra, wchłaniały
każdy okrzyk. Davi przystanęła na chwilę, nasłuchując cierpliwie. Odzewu wciąż
brakowało. –Młoda damo! Zejdź proszę na śniadanie!
- Nie teraz… Teraz idę wziąć
prysznic!- Dobiegło z za drzwi wołanie wnuczki.
-Będziesz jadła zimne jajka?
Jesteś nie poważna.
–Wiem to nie od dziś!
–Też coś- furknęła niezadowolona Davi, po czym zeszła do jadalni na
śniadanie.
Evelyn delikatnie otworzyła drzwi
i cichutko wyszła z pokoju, prosto do łazienki, znajdującej się na jej piętrze.
Przeszła długim i jasnym korytarzem. Ściany pokryte pomarańczową farbą nadawały
wesołego tonu, a półki na książki z ciemnego drewna idealnie się komponowały.
Łazienka wyglądała dość staromodnie, jak cała reszta wystroju. Kwadratowe,
białe i lekko wypukłe kafelki, dosłownie pachniały czystością. Umywalka była
mała i wmontowana w szafkę łazienkową. Nad nią wisiało prostokątne lustro z
drewnianymi oprawkami. Naprzeciwko umywalki znajdował się prysznic, wbudowany w
lśniące czystością kafelki. W pomieszczeniu znajdowało się małe okienko, a pod
nim żeliwny kaloryfer. Trochę dalej w koncie mieściła się toaleta. Jej czystość
porażała od pierwszego wejrzenia. Wyglądała dokładnie tak, jakby była kupiona
przed chwilą w sklepie.
Dziewczyna zdjęła z siebie czarną
piżamę w czerwone róże, roztrzepała rękoma włosy i weszła pod prysznic. Zastygła
w zupełnej ciszy. Czas stanął w miejscu, gdy pierwsze krople wody roztrzaskały
się o brodzik niczym szkło o podłogę. W jednej chwili Evelyn skąpana była w
zimnym strumieniu wody. Zasępiona nastolatka oparła się rękoma o ścianę,
zamknęła oczy, pochyliła głowę do przodu. Zimna woda płynęła po jej plecach, a
z oczu ciekły łzy.
Do koła zniknął świat. Przed jej
oczyma ukazały się wspomnienia związane z ojcem. Widziała dzień swoich
jedenastych urodzin i prezent, który jej wtedy sprawił. Przypomniała sobie
piknik w Dolinie Niedźwiedzi i moment, kiedy
owego niedźwiedzia udało im się zobaczyć. Do głowy wpadł również dzień
spędzony w wesołym miasteczku. Zapach waty cukrowej i mydlanych baniek zapadł
jej głęboko w pamięci. W kartotece wspomnień znalazła również piękne chwile
spędzone z ojcem w jego pracy, przesiąknięte zapachem hamburgerów i zapiekanek
ubrania, długie spacery i poranne wyprawy na ryby. Te kolorowe i pełne słońca
wspomnienia stawały się coraz ciemniejsze, smutniejsze, trudniejsze. Zniknęły
ciepłe barwy i słońce. Zamiast przesiąkniętych zapachem jedzenia ubrań, pojawił
się granatowy mundurek. Przygody w wesołym miasteczku zamieniły się z kursem
języka Francuskiego. Wyprawy na ryby zastąpiły długie wizyty u chorego ojca w
szpitalu, a spacery nie prowadziły już do parku lecz na cmentarz.
Evelyn swoją duszą wciąż czuła
rodzinny dom w mieście Chimont. Czuła zapach tamtych dni, smak tamtejszych
jabłek. Nie potrafiła uporać się ze śmiercią ojca, który był jej najlepszym
przyjacielem i powiernikiem. Z każdym dniem cierpiała mocniej. Od czasu
ponownego ślubu matki, a także
późniejszego rozwodu, stała się zamknięta i przestała się śmiać. Śmierć Devona
zmieniła Evelyn w znacznej mierze. Z uśmiechniętej brunetki stała się wiecznie
posępną dziewczyną. Zmieniła kolor włosów na czarny, wymieniła garderobę.
Kolorowe ubrania oddała na akcje „Pomoc dla najbiedniejszych”. Na miejscu
pozostały tylko szare i czarne ubrania.
Dziewczyna wyprostowała się w
momencie, gdy do oczu cisnęło się zbyt wiele łez. Obmyła twarz w lodowatej
wodzie. Z kamienną twarzą wyszła z pod prysznica, owinęła się w ręczniki.
Zadrżała z zimna. Odkręciła gorącą wodę w prysznicu i patrzyła jak w
pomieszczeniu zbiera się para. Wszystkie szyby w łazience zaparowały, a Evelyn
zakręciła wodę. Zamyślona dziewczyna podeszła do lustra, napisała na nim
palcem, kilka słów, „Evelyn, miłość… Czy kiedyś ją poznałaś?”. Po chwili
wytarła dłonią całą powierzchnię lustra. Spojrzała głęboko w swoje błękitne
oczy. Nie widziała w nich nic szczególnego, tak jak i w reszcie swojej twarzy.
Mówiła sobie, że to tylko kilka krost, ciemne brwi, nijakie usta, białe zęby i
lekko zadarty nosek, którego nie lubiła. Nie widziała w sobie nic wyjątkowego.
Nic, co przysporzyło by jej dobrego samopoczucia. Dziewczyna spuściła wzrok, po
czym kątem oka zerknęła na nadgarstki. Evelyn oparła ręce o umywalkę i
wykręciła na stronę wewnętrzną swoje nadgarstki, po czym znów spojrzała w
lustro. Ujrzała w nich kilka zażółconych
kresek, jedną, większą bliznę i parę mniejszych. Zamknęła oczy i szybkim ruchem
oderwała ręce od umywalki. Otworzywszy oczy ściągnęła z siebie ręczniki.
Potwierdziła w myśli i tka utwierdzony w jej przekonaniu fakt, że ma zbyt duże
biodra, za małe piersi i jest gruba. Odwróciła się od lustra i zaczęła się ubierać.
Nałożyła na siebie bieliznę, koszulkę i długie, czarne rurki. Koszulka była czarna,
tak jak i rurki, choć o rozmiar za duża ale i tak, wyglądała dobrze na figurze
Evelyn. Dziewczyna pochwyciła wiszącą na
haku suszarkę i podłączyła do gniazdka. Jej
cienkie włosy wysuszyły się w pięć minut, po czym zeszła do jadalni na
śniadanie.
Kuchnia była pusta. Nikogo w niej
nie było gdy dziewczyna się zjawiła.
Duże kwadratowe pomieszczenie było dość słoneczne i przestrzenne. Przy ścianie
stała stara kuchenka, mała, srebrna
lodówka i kilka blatów z wmontowanym zlewozmywakiem. Ściany były pomalowane tak
jak prawie każdy pokój, na pomarańczowo. W dwóch oknach, wisiały na drewnianych
karniszach, krótkie firanki. Przy
ścianie stał duży, drewniany stuł nakryty białym obrusem. Położony był w taki sposób, że
tworzył romb. Przy stole stały cztery, masywne krzesła, wykonane z drewna
dębowego. Jedno miejsce było wciąż zastawione. Evelyn szybkim ruchem odsunęła krzesło i zasiadła na miejscu. Na
porcelanowym talerzu leżał chleb, kostka masła i jajecznica, dawno już chłodna.
Od ciężkiego widelca, trzymanego w ręku dziewczyny, odbił się promień porannego słońca. Po chwili na czubku sztućca
zatrzymał się kawałek jajecznicy. Evelyn zgrabnym ruchem włożyła widelec do ust
i zjadła nadziane na nim jajka. Dziewczyna wstała, a resztę śniadania wyrzuciła
do kosza. Masło i jajka w jednej chwili leżały w koszu razem z plastikowym
pudełkiem po jogurcie, zeschłym kwiatem z parapetu i innymi śmieciami. Chleb
trafił natomiast za okno. Nastolatka niczym włamywacz przemknęła cichutko przez
hol, nasłuchując gdzie może być babcia. Davi nigdzie nie było, więc dziewczyna
powoli przeszła po schodach i weszła z powrotem do swojego pokoju. Znużona
Evelyn rzuciła się twarzą na łóżko i rozłożyła ręce. Leżała tak chwilę, po czym
zasnęła.