niedziela, 20 lipca 2014

Nadszedł czas na część drugą opowiadania

Zimno 


Evelyn przeciągnęła wielką walizkę, która stała przy drzwiach pokoju, na sam środek niewielkiego pomieszczenia. Wyjęła z niej czarne rurki, dżinsowe, krótkie spodenki, piżamę w róże i kilka spódniczek w kratkę, jak i również wiele innych ubrań. Drewniana szafa w mgnieniu oka zapełniła się szarymi i czarnymi ubraniami, a na wmontowanej w szafie półeczce pojawiła się sterta spódniczek i spodni. W komodzie zagościła bielizna, zarówno ta seksowna jak i mniej. Koronkowe stringi i śmieszne figi przeplatały się wraz z małym pudełeczkiem, zamykanym na kluczyk. Ów kluczyk, Evelyn miała zawieszony na szyi, na rzemyku.  Dziewczyna miała czarne włosy sięgające do ramion. Jej grzywka opadała na lewe oko i zwykle była starannie wymodelowana. Nastolatka miał duże oczy, bardzo często wspomagane eyelainerem i tuszem do rzęs.
Minął dzień, jeden, drugi i trzeci, i tak mijały dni beztroskiego lipca. Evelyn nie korzystała jednak z uroków wakacji czy malowniczej wsi. Całymi dniami siedziała w pokoju, słuchała muzyki, wpatrując się w niebo przez nagrzaną od  wakacyjnego słońca, szybę w oknie. Kto wie co przeżywała w sowim sercu? Może przeszukiwała nieboskłon w poszukiwaniu zmarłego ojca? A może szukała aniołów i Boga, ukrytych gdzieś w chmurach? A może chciała uciec od tego wszystkiego? Odlecieć tak jak ptak. Monotonia ta trwała koło tygodnia.
–Evelyn!- Po całym domu rozległo się głośne wołanie babci. Wszystkie pomarańczowe ściany, holu i półpiętra, wchłaniały każdy okrzyk. Davi przystanęła na chwilę, nasłuchując cierpliwie. Odzewu wciąż brakowało. –Młoda damo! Zejdź proszę na śniadanie!   
- Nie teraz… Teraz idę wziąć prysznic!- Dobiegło z za drzwi wołanie wnuczki.
-Będziesz jadła zimne jajka? Jesteś nie poważna.
 –Wiem to nie od dziś! 
  –Też coś- furknęła niezadowolona Davi, po czym zeszła do jadalni na śniadanie.
Evelyn delikatnie otworzyła drzwi i cichutko wyszła z pokoju, prosto do łazienki, znajdującej się na jej piętrze. Przeszła długim i jasnym korytarzem. Ściany pokryte pomarańczową farbą nadawały wesołego tonu, a półki na książki z ciemnego drewna idealnie się komponowały. Łazienka wyglądała dość staromodnie, jak cała reszta wystroju. Kwadratowe, białe i lekko wypukłe kafelki, dosłownie pachniały czystością. Umywalka była mała i wmontowana w szafkę łazienkową. Nad nią wisiało prostokątne lustro z drewnianymi oprawkami. Naprzeciwko umywalki znajdował się prysznic, wbudowany w lśniące czystością kafelki. W pomieszczeniu znajdowało się małe okienko, a pod nim żeliwny kaloryfer. Trochę dalej w koncie mieściła się toaleta. Jej czystość porażała od pierwszego wejrzenia. Wyglądała dokładnie tak, jakby była kupiona przed chwilą w sklepie.                                                                    
Dziewczyna zdjęła z siebie czarną piżamę w czerwone róże, roztrzepała rękoma włosy i weszła pod prysznic. Zastygła w zupełnej ciszy. Czas stanął w miejscu, gdy pierwsze krople wody roztrzaskały się o brodzik niczym szkło o podłogę. W jednej chwili Evelyn skąpana była w zimnym strumieniu wody. Zasępiona nastolatka oparła się rękoma o ścianę, zamknęła oczy, pochyliła głowę do przodu. Zimna woda płynęła po jej plecach, a z oczu ciekły łzy.
Do koła zniknął świat. Przed jej oczyma ukazały się wspomnienia związane z ojcem. Widziała dzień swoich jedenastych urodzin i prezent, który jej wtedy sprawił. Przypomniała sobie piknik w Dolinie Niedźwiedzi i moment, kiedy  owego niedźwiedzia udało im się zobaczyć. Do głowy wpadł również dzień spędzony w wesołym miasteczku. Zapach waty cukrowej i mydlanych baniek zapadł jej głęboko w pamięci. W kartotece wspomnień znalazła również piękne chwile spędzone z ojcem w jego pracy, przesiąknięte zapachem hamburgerów i zapiekanek ubrania, długie spacery i poranne wyprawy na ryby. Te kolorowe i pełne słońca wspomnienia stawały się coraz ciemniejsze, smutniejsze, trudniejsze. Zniknęły ciepłe barwy i słońce. Zamiast przesiąkniętych zapachem jedzenia ubrań, pojawił się granatowy mundurek. Przygody w wesołym miasteczku zamieniły się z kursem języka Francuskiego. Wyprawy na ryby zastąpiły długie wizyty u chorego ojca w szpitalu, a spacery nie prowadziły już do parku lecz na cmentarz.
Evelyn swoją duszą wciąż czuła rodzinny dom w mieście Chimont. Czuła zapach tamtych dni, smak tamtejszych jabłek. Nie potrafiła uporać się ze śmiercią ojca, który był jej najlepszym przyjacielem i powiernikiem. Z każdym dniem cierpiała mocniej. Od czasu ponownego ślubu matki, a  także późniejszego rozwodu, stała się zamknięta i przestała się śmiać. Śmierć Devona zmieniła Evelyn w znacznej mierze. Z uśmiechniętej brunetki stała się wiecznie posępną dziewczyną. Zmieniła kolor włosów na czarny, wymieniła garderobę. Kolorowe ubrania oddała na akcje „Pomoc dla najbiedniejszych”. Na miejscu pozostały tylko szare i czarne ubrania.
Dziewczyna wyprostowała się w momencie, gdy do oczu cisnęło się zbyt wiele łez. Obmyła twarz w lodowatej wodzie. Z kamienną twarzą wyszła z pod prysznica, owinęła się w ręczniki. Zadrżała z zimna. Odkręciła gorącą wodę w prysznicu i patrzyła jak w pomieszczeniu zbiera się para. Wszystkie szyby w łazience zaparowały, a Evelyn zakręciła wodę. Zamyślona dziewczyna podeszła do lustra, napisała na nim palcem, kilka słów, „Evelyn, miłość… Czy kiedyś ją poznałaś?”. Po chwili wytarła dłonią całą powierzchnię lustra. Spojrzała głęboko w swoje błękitne oczy. Nie widziała w nich nic szczególnego, tak jak i w reszcie swojej twarzy. Mówiła sobie, że to tylko kilka krost, ciemne brwi, nijakie usta, białe zęby i lekko zadarty nosek, którego nie lubiła. Nie widziała w sobie nic wyjątkowego. Nic, co przysporzyło by jej dobrego samopoczucia. Dziewczyna spuściła wzrok, po czym kątem oka zerknęła na nadgarstki. Evelyn oparła ręce o umywalkę i wykręciła na stronę wewnętrzną swoje nadgarstki, po czym znów spojrzała w lustro.  Ujrzała w nich kilka zażółconych kresek, jedną, większą bliznę i parę mniejszych. Zamknęła oczy i szybkim ruchem oderwała ręce od umywalki. Otworzywszy oczy ściągnęła z siebie ręczniki. Potwierdziła w myśli i tka utwierdzony w jej przekonaniu fakt, że ma zbyt duże biodra, za małe piersi i jest gruba. Odwróciła się od lustra i zaczęła się ubierać. Nałożyła na siebie bieliznę, koszulkę i długie, czarne rurki. Koszulka była czarna, tak jak i rurki, choć o rozmiar za duża ale i tak, wyglądała dobrze na figurze Evelyn.  Dziewczyna pochwyciła wiszącą na haku suszarkę i podłączyła do gniazdka. Jej  cienkie włosy wysuszyły się w pięć minut, po czym zeszła do jadalni na śniadanie.                                                  
Kuchnia była pusta. Nikogo w niej nie było  gdy dziewczyna się zjawiła. Duże kwadratowe pomieszczenie było dość słoneczne i przestrzenne. Przy ścianie stała  stara kuchenka, mała, srebrna lodówka i kilka blatów z wmontowanym zlewozmywakiem. Ściany były pomalowane tak jak prawie każdy pokój, na pomarańczowo. W dwóch oknach, wisiały na drewnianych karniszach, krótkie firanki.  Przy ścianie stał duży, drewniany stuł nakryty  białym obrusem. Położony był w taki sposób, że tworzył romb. Przy stole stały cztery, masywne krzesła, wykonane z drewna dębowego. Jedno miejsce było wciąż zastawione. Evelyn szybkim ruchem  odsunęła krzesło i zasiadła na miejscu. Na porcelanowym talerzu leżał chleb, kostka masła i jajecznica, dawno już chłodna. Od ciężkiego widelca, trzymanego w ręku dziewczyny, odbił się promień  porannego słońca. Po chwili na czubku sztućca zatrzymał się kawałek jajecznicy. Evelyn zgrabnym ruchem włożyła widelec do ust i zjadła nadziane na nim jajka. Dziewczyna wstała, a resztę śniadania wyrzuciła do kosza. Masło i jajka w jednej chwili leżały w koszu razem z plastikowym pudełkiem po jogurcie, zeschłym kwiatem z parapetu i innymi śmieciami. Chleb trafił natomiast za okno. Nastolatka niczym włamywacz przemknęła cichutko przez hol, nasłuchując gdzie może być babcia. Davi nigdzie nie było, więc dziewczyna powoli przeszła po schodach i weszła z powrotem do swojego pokoju. Znużona Evelyn rzuciła się twarzą na łóżko i rozłożyła ręce. Leżała tak chwilę, po czym zasnęła.

Bezsenność, bitwa z komarami, Rammstein i wygrana Lany Del Rey

Bezsenność, chyba wszyscy chorują na tą chorobę, którą można nazwać chorobą XXI wieku. Niema nic gorszego od gorących, nie przespanych nocy. Bezsenność w okresie letnim podsycana jest nie tylko zmartwieniami czy stresem ale przede wszystkim... KOMARAMI. Te owady znane nam nie od dziś, denerwują w znacznej mierze, a ich swędzące ugryzienia irytują. Moja ostatnia, nieprzespana noc, spowodowana była między innymi zmasowanym atakiem tych nieznośnych owadów. 

Kiedy zasypiałam w słuchawkach cicho sączyła się piosenka zespołu Rammstein "Du hast". W momencie gdy usłyszałam charakterystyczne dla komarów bzyczenie, poderwałam się z łóżka niczym maszyna i uruchomiłam radary w oczach. Misternie wypatrywałam nieprzyjaciela, a mocne brzmienie zespołu uczyniło ze mnie prawdziwego łowcę. Gdy namierzyłam wrogie jednostki, w mgnieniu oka sięgnęłam po broń- podręcznik od języka Angielskiego. Trzask! Prask! Wroga jednostka KOMAR#1 padła. Polowanie trwało jakiś czas, ponieważ atak był zmasowany. Po zakończonych, udanych "łowach" jakby nigdy nic, położyłam się do łóżka, po czym udało mi się spokojnie zasnąć. 

Poranek nie był jednak dla mnie obiecujący. Z pewnością fani Lany Del Rey, ucieszyli się z tej wiadomości, jednak mnie trochę rozczarowała. Mianowicie chodzi o wynik plebiscytu "Kto powinien zagrać wielki koncert w Rybniku?". Wygrała właśnie Lana, a na drugim miejscu zakwalifikował się zespół Exo, który był z mojej strony największym zaskoczeniem. Duet Hurts zakwalifikował  się na osiemnastym miejscu, a "Arktyczne małpy" na miejscu czwartym.