Początki zawsze są trudne.
A więc oto pierwsza część mojego opowiadania. Mam nadzieję, że jest w miarę ok ;p
Początek końca.
Usiadła znużona, na chłodnym
łóżku, w domu babci Davi. Jej oczy ruszyły w dziką pogoń po całym, niewielkim
pokoju. Pomieszczenie, w którym spała Evelyn, składało się dosłownie z czterech
ścian i znajdowało się na poddaszu. Białe mury pokoju napawały uczuciem
świeżości, a drewniane, stylowe meble, nadawały wiejskiego klimatu. Duże okno
ukazywało widok na zasłonięte szarością chmur niebo.
Evelyn miała siedemnaście lat.
Była jedynaczką i przeprowadziła się do babci od strony ojczyma, całkiem nie
dawno. Przeprowadzka na wieś, do babci, nie była u Evelyn choćby przez chwile w
głowie. Sytuację tą spowodował rozwód jej rodziców. Matka- Mery i ojczym-
Filip, byli małżeństwem pięć lat. Ojciec był prawnikiem, a matka wdową- wiolonczelistką.
Poprzedni dom Evelyn był urządzony w stylu modernistycznym. Długie korytarze i
przestrzenny salon z widokiem na basen oblany był zimnymi barwami. W domu
dominowały białe ścian, podłogi i meble. Listwy pod sufitem i przy podłodze w
salonie, były w mahoniowych kolorach i idealnie współgrały ze skórzanym fotelem marki Kller. Fotel ten
był oczkiem w głowie Filipa. Duże, szklane okna i drzwi, nie dawały w żadnej
mierze, poczucia prywatności.
Obecny dom, w którym zamieszkiwała Evelyn, idealnie
wpasowywał się do wiejskiego klimatu, panującego na wsi Madilons w Angli.
Dwupiętrowy domek z czerwonym dachem, ozdobiony z zewnątrz kamieniem i
ogrodzony kamiennym murkiem, przypominał typowe miejsce, zamieszkane przez
starszą osobę. Do koła roiło się wręcz od podobnych domków. Nawet sklepy,
podobne były do domów mieszkalnych. W miasteczku tym, znajdowało się koło
dziesięciu ulic. Położona blisko pastwisk wieś, cieszyła się niebiańskim
spokojem. Miejscowy pub odwiedzany był przez najważniejsze osobistości wsi. Pan
Chuhcraft i jego synowie, byli tam znaczącymi personami. Za pubem mieściła się
szkoła i apteka, która prowadzona była przez szkolną pielęgniarkę. Kobieta ta,
znała większość wiejskich plotek. Połowa powstała właśnie przez nią samą, co nie
uwłaczało jej spostrzegawczości. Naprzeciwko apteki mieszkał pan Filon Ilonsky,
polski weteran, osiadły w tym domu już wieki temu. Był on źródłem wiedzy dla
wielu, zainteresowanych czasami wojny, młodych ludzi. Sąsiadami pana Filona,
byli właśnie państwo Chuhcraft. Dalej znajdowała się mleczarni i farma Norberta
Wilsona. Wszystko to znajdowało się po północnej stronie miasta. Na południu
zaś, znajdował się kościół Katolicki i dom księdza Grega Doofa, bar mleczny, a
także poczta. Dalej rozpościerały się domki mieszkalne, a zaraz za nimi mała
promenada z różnymi sklepami. Madilons było uroczą i zadbaną wsią. Brukowana
ulica i kamienne płyty chodnikowe dodawały pewnego „klimatu”.
W domu u babci Davi pokoje
przestrojone były kolorowymi kwiatami, stojącymi na parapetach, a ściany
pomalowane były na pomarańczowo lub żółto. W salonie pachniało wszechobecną
starością. Staromodne kanapy, fotele i obrazy łączyły się w spójną kompozycję
wraz ze starymi komodami, pułkami na książki i stolikiem do kawy. Podłoga była
drewniana, wykonana bardzo starannie. Nie miała jednak konkretnego wzoru.
Drewniane paski ciągnęły się wzdłuż holu, salonu i reszty pokoi. Na parterze w
salonie, nie było widać drewnianej podłogi. Przesłaniał ją wielki, perski
dywan, wyglądający na jeden z tych, których zdobycie graniczy z cudem. Dywan
sięgał od okien aż na drugi koniec pokoju i wchodził pod komodę. Na komodzie
stały ramki ze zdjęciami Filipa wraz z Davi i resztą licznej rodziny. Ten
wysoki mąż prawa, wydawał się na pierwszy rzut oka wyjątkowo dobrym
człowiekiem. Dla wielu ludzi był niemal, że wzorem do naśladowania. Ojczym Evelyn
był prawnikiem znanym w wielkich metropoliach i wielce szanowany. Sama zaś
Evelyn nie zbyt za nim przepadała. Brakowało jej zmarłego ojca Devona, który
pracował jako kucharz w pobliskim fastfoodzie. Rzadko można było zobaczyć go w
garniturze, do czego Evelyn musiała się przyzwyczaić w stosunku do nowego
ojczyma. Filip był bardzo otwartym człowiekiem, często aż zbyt otwartym, a
najczęściej w stosunku do płci pięknej. Człowiek ten był obrazem do naśladowania
z zatuszowaną skazą, gdyż skrzętnie ukrywał swoje liczne romanse. Któregoś
dnia, Mery po powrocie z próby orkiestry symfonicznej, w której grała,
przyłapała męża na gorącym uczynku wraz z pokojówką pracującą w ich domu. Ta
sytuacja zapoczątkowała upadek i tak już kulejącego związku.
-Przynieść Ci coś drogie
dziecko?- Zaskrzeczała uśmiechnięta i lekko zgarbiona babcia Davi. –Może coś
ciepłego do picia?
-Nie,
dziękuję… Ale miło z twojej strony- Wyszeptała Evelyn.
-Dobrze więc. Od dzisiaj mieszkasz u mnie, mój dom i moje zasady. Mam
nadzieję, ze się do nich zastosujesz. Jest ich dziesięć, jak dziesięć
przykazań. To są moje przykazania, które obowiązują w tym domu. Pamiętaj, jeśli
złamiesz którąś z zasad, dostaniesz szlaban. Zrozumiano?
-Ta, oczywiście-
Babcia omawiała panujące zasady, a Evelyn z każdą zasadą coraz mniej skupiała
się na słowach, nadającej jak katarynka, staruszki. Po dłuższej chwili
odwróciła głowę w stronę okna tracąc kontakt wzrokowy z babinką. Na dworze
rozpadało się na dobre. W tym to właśnie momencie Evelyn chamsko przerwała,
wciąż mówiącej Davi. – No nie! Co to ma być?! Kurde… pogoda do luftu.
–Nie przerywaj drogie
dziecko. No ale jeśli nie chcesz mnie dalej słuchać, to zasady spisane i
przyklejone są na lodówce.
–Czemu
akurat na lodówce?- Zapytała nastolatka.
-Jak to czemu?
Żebyś codziennie mogła widzieć czego musisz się trzymać! -Ja nic nie muszę- dziewczyna odgarnęła czarną grzywkę z błękitnych
niczym strumyk oczu, po czym lekko uśmiechnęła się, dodając- Będę robiła co zechcę… W końcu jestem
wolnym człowiekiem, jak mawiał Devon.
–Zrobisz
jak będziesz uważała za stosowne. Miej tylko na uwadze to, że ja nie rzucam
słów na wiatr.
–Spoko…
Davi? Mogłabyś wyjść z mojego pokoju?
-Ależ !? Co? E… -
wydusiła z siebie zniesmaczona staruszka. -Dziękuję… A teraz… Cześć- Wstając z łóżka zamknęła drzwi za wychodzącą
starowinką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz